• Wpisów:33
  • Średnio co: 93 dni
  • Ostatni wpis:8 lata temu, 09:30
  • Licznik odwiedzin:6 203 / 3168 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
180
- Ale nie mogłam się wysrać, bo pod drzwiami łazienki siedzi dwóch typów i komentuje. - wyjaśniła z trzeszczącą szczerością.

17:59
- Ale walnęłam bąka! - wywrzasnęła na progu.

17:55
Zatrzasnęła za sobą drzwi sali w drodze do ubikacji.

17:35
Wzięła drugiego, nieco potężniejszego, łyka.

173
- Takie środki nie działają na mnie. Zawsze mam zaparcia po kilka dni. - obwieściła w tonie triumfalno-lekceważącym, waląc w gardziel trzydzieści pięć gram syropu przeczyszczającego.

16:30
Do kumpla z pryczy obok wpadła z odwiedzinami żona.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Ktoś kiedyś spłodził twierdzenie, że starzy ludzie są podobni do Boga. Co prawda w danej chwili nie pomnę kto. I czy to czasem nie moje zwoje spreparowały taki wabik do wniosku. W każdym razie wabik jest atrakcyjną podstawą i, nawet fikcyjny, pozwala mi na pływanie w jego odpowiednich następstwach.
No więc jeśli są podobni, to Stwórca albo charczy i trzeba mu wciskać do jamy gębowej kanapkę z mortadelą, albo bełkocze niezrozumiale podczas gdy jego gardło stara sie usunąć język ze swoich czeluści. Może też cuchnąć winem pędzonym z moczu i jęczeć jak konający borsuk. Czasem, ale stanowczo zbyt rzadko, śpi. Też jęcząc. Ale bardziej jak duszony bocian. Prawdopodobnie w pojedynku na liczbę twarzy pognębiłby tetramordowego Światowida, zostawiając każdą z nich z wyrazem jak po koleżeńskim kręceniu sutów.
  • awatar Gość: @Pan Skurwiel: hmm... To chyba gdzieś w pobliżu musi stać mop.
  • awatar Pan Skurwiel: @samSex: To wyobraź sobie co się dzieje przy pisuarze...
  • awatar Gość: to w takim razie Stwórca trzęsie ręką gdy pisze :d.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Na kompleks łazienkowo-toaletowy składają się: stosukowo obszerny przedklop (odpowiednik przedpokoju), trzy ubikacje, w tym jedna dla wózkarzy, oraz pomieszczenie prysznicowe. Plus potężne drzwi z wywieszką z przekreślonym petem, zawsze zamknięte (widocznie dla podkreślenia faktu, że w szpitalu nie wolno palić). Wszystkie to upchnięte na powierzchni małego dużego pokoju.
Pomieszczenie prysznicowe różni się od kabiny prysznicowej tym jedynie, że stoi tam jeszcze krzesło. No bo kto normalny widział krzesło w kabinie prysznicowej...?
 

 
- Miał pan kiedyś gastroskopię?
- Dawno temu, ale zdechła.
- (uśmiech) A poważnie?
- Nigdy.
- Pacjent nigdy nie miał gastroskopii! - rzuciła z pobłażliwym ćwierćuśmiechem w kierunku kobiety w okularach, obracającej w rękach czarnego węża średnicy kilku centymetrów (jego dwumetrowa długość była w tej sytuacji kwestią drugorzędną).
- No więc gastroskopia to badanie nieprzyjemne, ale nie bolesne. Teraz znieczulę panu gardło. Proszę otworzyć usta. - (psiknięcie do gardła piekąco-drapiącym płynem; zapewne tak smakuje popijanie kreta do udrażniania rur).
I tak pomachałem na do widzenia świadomości posiadania krtani na następne dwie godziny. Na szczęście.
- Proszę się położyć na lewym boku, o taaak. Rączkę pan sobie położy tak, głowa trochę bliżej brzegu. Tak, żeby ślina ciekła na ręcznik.
"Suitdżizasmaderfaker, tonę!!!" wyświetlił się napis na neonie w mojej głowie.
- Usta szeroko. Proszę zacisnąć zęby na tym plastikowym gryzaku. Tylko spokojnie, żeby dodatkowo nie był potrzebny dentysta.
Dobry żart tynfa wart. Porównałem to w myślach do sytuacji pod drzwiami klubu. Przede mną stał selekcjoner, do którego lepiej przymilać się z uśmiechem wioskowego przygłupa. Tym bardziej, że ochroniarz za nim z wyraźną przyjemnością i swobodą pieścił dłońmi gumową rurę długości Marcina Gortata. W tej sytuacji TO miało znaczenie.
Nie zdążyłem oddalić się od tego widoku na długość myśli, a koniec gumowego gazociągu jamalskiego poczułem na wysokości jabłka Adama, tyle, że od wewnątrz.
- Proszę teraz przełknąć ślinę.
Za taki wyczyn powinni przyznawać Krzyż Walecznych. "Glllurp". I nic. "Glllurp".
- Ale przeskoczyło! Teraz proszę się rozluźnić.
I w tej samej chwili poczułem przesuwający się przeze mnie przewód o gabarytach tasiemca notowanego w Księdze Guinessa, pomyślałem: "Kurwa, nie mogę oddychać!" (z naciskiem na pierwsze i ostatnie słowo), oberwężowniczka powiedziała: "Proooszę się rozluźnić, bo nic nie widzę." i powiedziałem: "Uuerlp!", czemu towarzyszył skurcz bebechów i wypływ śliny na ręcznik. Ten odgłos powtórzyłem jeszcze około sześćdziesięciu razy podczas badania, modulując go na wszystkie możliwe sposoby, wręcz po wirtuozersku. Z drugiej strony wirtuoz wpychania dętki od roweru (wersji z piaskiem, nie powietrzem) do żoładka zachęcał mnie: "Niech pan się rozluźni", a pomocnica szatana wtórowała: "Proszę pomyśleć o czymś przyjemnym, przenieść się w jakieś przyjemne miejsce." Na przykład do kostnicy. Łatwo mówić jeśli udziela się rad z pozycji kata. Niestety jedyne co czułem to wąż prześlizgujący się po zakrętach gdzieś powyżej pępka, mając w gębie ślinę i "uuerlp!".
W pewnym momencie udało mi się odlecieć na tyle, że jak przez porysowaną pleksi widziałem jedną oprawczynię pomagającą drugiej wpychać coś na kształt stalowych linek do rurzyska i wywnioskowałem, że wycinają mi pamiątkowe próbki jakiegoś organu. Droga czarnego rurociągu w stronę zębów trwała kilka sekund.
- Pan taki chudy, to i węższe ma pan wszystko w środku. Ma pan stan zapalny żołądka. - brzmiał komunikat pożegnalny.
Co ciekawe po usadzeniu się na łóżku miałem jeszcze dużo zbędnej śliny i jeszcze dużej smarków. Jedno i drugie skwapliwe (skapliwie?) umieściłem na papierowym ręczniku.
Teraz mija trzecia godzina po badaniu, a ja powoli zaczynam rozumieć ból aktorek występujących u boku Insane Cock Brothers.
  • awatar Wenus z Willendorfu: Myślałam,że zapomniałam. Po przeczytaniu wróciło ze zdwojoną siłą.Wspomnienie gastroskopii. Boli mnie teraz od górnej wargi po jajniki. Idź Pan w cholerę!
  • awatar cosmopolitan: deep throat
  • awatar Pan Skurwiel: @mała cholera: To prawda. Aż sam się sobie dziwię.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Temat do przemyślenia w wolnej chwili: czym się różni ordynator od ordymatora?
Pobieżny pierwszy wniosek: pierwszy z nich jest chamem, a drugi łóżkowym chamem.
 

 
Pielęgniarka do pielęgniarki na korytarzu:
"N. <tu poszybowało lotem ślizgowym nazwisko ordynatora> ten mosiek... Eee, znaczy ten posiew moczu..."
Nie mogłem odpuścić tak niezdarnie wystawionej piłki:
"No ładnie to tak o panu ordynatorze?"
Gol.
Pielęgniarski, soczysty rumieniec.
  • awatar Pan Skurwiel: @amisami: Jakie fuj, to sprzyja utrzymaniu higieny układu wydalniczego. Nawet Angelina J. pozwala sobie ponoć na małe szaleństwo z gruszką.
  • awatar Pan Skurwiel: @amisami: Byle nie wendetę w postaci lewatywy na śniadanie, obiad i kolację.
  • awatar Gość: hhahaha!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Dziś zaobserwowałem ciekawą scenkę rodzajową: otwarte drzwi do sali, w niej dwie pielęgnice majstrują coś przy półnagiej pacjentce (półnagiej w orientacji dolnej) w wieku prekambryjskim. Zaraz za drzwiami czyha dziadyga, lokator innego pokoju, i pożera ten widok z miną kibica naszej kadry narodowej szczypiornistów podczas meczu finałowego Mistrzostw Świata. Zamerdałby, gdyby miał czym.
Jego krótkotrwałe szczęście trwało do pielęgniarskiego przebłysku świadomości zakończonego krzykiem i trzaśnięciem drzwiami.
  • awatar Pan Skurwiel: @Malinny: Dla uproszczenia przyjmijmy, że to każdy polski szpital.
  • awatar Gość: Co to za szpital? Same hardkory tam pracują!
  • awatar Pan Skurwiel: @Edward Kluska: Jakiś łagodny proces, z obecnością i zainteresowaniem podstawowych mediów, byłby na miejscu.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Pielęgnica dostarczyła mi proszek z wygrawerowanym "SPA" na środku. Czyżbym miał do czynienia z wyrafinowaną techniką psychomanipulacji mającą mnie przekonać, że jestem gdzie indziej?
  • awatar .Edith.: Skurwielu ,nigdy nie czytaj napisów z pastylek , nie wiadomo co człowiekowi szkodzi < szepcze konspiracyjnie >. Łykaj z zamkniętymi oczami , a przed połknięciem pogryź , ślepa kiszka gotowa rozszyfrować i tragedia murowana .
  • awatar Pan Skurwiel: @gość: Oby nie w polskim szpitalu.
  • awatar Gość: hahhah, leżę!!!!!!!!!!! :DDDDDDDDDDDD
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Kolejna feralna piąta indemorning. Najpierw pielęgniarka z kroplówką dla K.. Jak podczas porwania przez UFO - oślepiające światło i czyjaś obecność (obecność materializowała się dwukrotnie, bo coś skopała z wenflonem). To było jak donośne odegranie "wstawanego".
Jednak właściwa musztra nastała wraz z przebudzeniem wąsatego, kuśtykającego kaprala. Człowieka, który chodząc wiecznie tańczy poloneza (jedna noga krótsza, bo po pijaku kopnął w zderzak, tyle, że jadący).
Jako że mam dziwną, masochistyczną skłonność do koncentrowania się na irytujących dźwiękach, jestem w stanie wiernie oddać przebieg wydarzeń od piątej w górę.
Wąsal usiadł na łóżku, przeciągnął się, zaciamkał, szurając kapciami poszedł na szluga, zaliczył szurający powrót, usiadł przy oknie, puścił radio na słuchawki, nerwowo wybijając nogą rytm kaszlnął parę razy z gruźliczą werwą, poszurał na szluga i wrócił w ten sam sposób, powgapiał się w okno przy wtórze radia (co zaakcentował wzdychaniem i zabawą w Travisa Bakera), odszurał się do klopa i z powrotem, zrobił sobie kawkę "3w1", bijąc łyżeczką w szklankę z energią medalowej drużyny kajakarskiej, następnie wypił ją drobnymi łykami siorbiąc i okraszając każdy łyk donośnym "uehhh!", przeciągłym wydechem o konsystencji papieru ściernego oczyścił gardło z flegmy, po czym popełnił panczen przez salę w celu uzupełnienia ilości dymu w organizmie. Wtedy z kolei stężeniu wścieku w moim organizmie osiągnęło wystarczający poziom, żeby zmienić dziesięciu Gandhich i jedną Matkę Teresę w niebezpiecznych psychopatów. K. też nie spał i doradził słuchawkoterapię, co też zrobiłem. Względny spokój panował przez całe pięć minut, po czym Król Studniówki przypolonezował do umywalki, która znajduje się jakieś pięćdziesiąt centymetrów od mojej głowy, zapalił światło i rozpoczął poranną toaletę. To było jak jawne wypowiedzenie wojny. Podniosłem się. Podczas następnych trzydziestu sekund było o zbyt wczesnym wstawaniu, szuraniu, słuchaniu radia, charczeniu, wyłażeniu co chwila, zabawą w zegar Big Ben łyżeczką, wystukiwaniu rytmu, wzdychaniu, białej gorączce mojej i K. oraz coonsobiekurwamyśleniu. W odpowiedzi usłyszałem: "Przepraszam", zniekształcone przez szczoteczkę do zębów trzymaną w ustach i ubytek czterech przednich zębów.
Upośledzony happy end.
  • awatar Pan Skurwiel: @gość: Generalnie tak. Z chlubnych wyjątków nasuwają mi się Keitel w "Złym Poruczniku", Eastwood w "Brudnym Harrym" i duet Pitt/Clooney w "Ocean's Eleven". A Wąsal okradał mnie noc w noc ze złudzeń co do niczym niezakłóconego snu.
  • awatar Gość: wąsaci są najgorsi - w filmach to złe gliny albo starzy złodzieje - uwaga na takich!
  • awatar .Edith.: @Pan Skurwiel: Tak . Takie miałam skojarzenie . (:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
O dziesiątej rano w naszej dwuosobowej społeczności pojawił się nowy pacjent, zwiastowany przez łóżko. Przylazł i od razu jego wąsata obecność uruchomiła przenośne radyjko. Raaadio Zet. Po godzinie zapytał czy nie będzie nam przeszkadzało, jeśli włączy radio.
Jego Potrójnie Pierdolona Wąsata Eminencja.
  • awatar Pan Skurwiel: @mała cholera: Postronny obserwator mógłby stwierdzić, że na zaawansowane wąsy.
  • awatar .Edith.: Pytanie brzmi na co leczy się Wąsata Eminencja ? (:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Donośna baba to w zasadzie każda osoba płci cycatej w wieku znacząco postklimakteryjnym, poddana w warunkach laboratoryjnych odpowiedniemu ciśnieniu życiowo-medycznemu. Donośne baby lubują się w okupowaniu dowolnych części tunelu prowadzącego do komór przetrwalno-doświadczalnych. Wyróżnia je spojrzenie baczne do bezczelnego, brak dbałości o sierść, która z czasem czyni czubek ich postaci podobnym do kota, pozbawionego życia wskutek działania opon TIR-a (wydają też analogiczny cuch, zanikający okresowo po wizycie ich młodych lub opiekunów laboratoryjnych niższego szczebla). Ich odpowiednio (jakkolwiek?) stymulowana natura pozwala produkować krtanią, znajdującą się w różnych stadiach rozkładu, obszerną gamę odgłosów, które w puszczy każą chwytać za broń całemu kołu łowieckiemu i formować szyk "żółwia" (patrz: diabeł tasmański lub wyjec). Jedynymi grupami odpornymi na ich zew są milkliwe oraz donośne dziady, z którymi często przejawiają cechy wspólne. Aktywność d.b. znacząco spada wraz z nastaniem zmroku, wówczas wracają do swych leży i barłogów.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ordynator: "Jak pana samopoczucie?"
Ja: "Jestem dziś bardzo szpitalny".
Szeroki, autentycznie ordynatorski uśmiech.
  • awatar Pan Skurwiel: @mała cholera: Zależy od gatunku. Przy czym należy przyjąć podejście raczej jakościowe, niż ilościowe.
  • awatar .Edith.: Z jak wielu ?
  • awatar Pan Skurwiel: @mała cholera: Mów mi po prostu - Skurwielu.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Tablica w stylu lat sześćdziesiątych. W jej rogu kolorowe zdjęcie wycięte z magazynu, którego wiek należy datować metodą węgla C14, a na fotce dwoje uśmiechniętych dzieci. Na środku tablicy wyklejony wielkimi, kolorowymi literami napis: "CHOROBY ZAKAŹNE - PONOWNE ZAGROŻENIE DLA ŚWIATA". W lewym dolnym rogu kartka "Kaplica Oświecenia Pańskiego" wraz z ważniejszymi informacjami dotyczącymi tejże kaplicy.

Morał na dziś: choroby zakaźne, uśmiechnięte dzieci i Kaplica Oświecenia Pańskiego - ponowne zagrożenie dla świata.
 

 
Rano.
- Ma kubek?
(Zło zapukało do jej twarzy.)
- Ma.
- Ma sztućce?
(Zło usadowiło się, kosmatym jak górna warga Brada Pitta, zadem zaraz nad prawym łukiem brwiowym.)
- Nie ma.
- To ma, trzyma talerzyk i odniesie po jedzeniu.
(Zło pogardliwie puściło wiatry.)

Popołudnie.
- Bierze zupę i drugie danie.
(Złajome kołatanie.)
- A mogę prosić o sztućce...?
- Przecież dostał rano!
(Zło zrobiło jej "puci-puci".)
- Miałem odnieść po posiłku...
- No co za...! Talerzyk tylko miał odnieść, nie sztućce!
(Zło rozpędziło swój bolid i...)
- Mówiła pani co innego.
- Wiem co mówiłam. Pójdzie do kuchenki, to dostanie. I niech nikomu nie odda, niech myje i chowa!
(...solidnie pierdolnęło w drzewo!)
- Taest!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Przez chwilę załóżmy, że ktoś wytoczył ci sprawę w sądzie. Teraz załóżmy, że nie ma racji. Przyjmijmy też, że jego powierzchowność jest odzwierciedleniem charakteru. Możemy też wychodzić z założenia, że genetyczni sprawcy ochrzcili go "Wiesław". Domniemana osoba jest wariacją na temat ścierwa, którą, oczywiście czysto hipotetycznie, mógłbym scharakteryzować w następujący sposób.
Pan Ścierwo miał pysk Himilsbacha, jednak podzielony przez gapowatą zaciętość wybitnego aktora. Niestety licznik i mianownik bezlitośnie się skróciły odsłaniając wredne kmiece jądro. Przez życie płynął pługiem z żelazną odkładnicą, lecz w odróżnieniu od mistrzów tego stylu, czynił to z uszczerbkiem dla swojego zdrowia. Nosił przy tym piętno indywiduów skazanych od zasrania kołyskowych dziejów na karłowate marzenia, niepełnosprytne uczynki i wielkie, doprawdy wielkie poczucie krzywizny losu. Kazuyoshi Funaki był niezwykłym skoczkiem narciarskim, bowiem ciął parabolę lotu. Parabola lotu Wiesława skutecznie ścięła jego samego z nóg. Jeśli umieścimy jego życie na wykresie czas/osiągnięcia, a za przecięcie osi uznamy narodziny, to otrzymaną krzywą wypada poprowadzić od minus dziewięć miesięcy w poziomie oraz dotkliwego minus siedemnaście na odciętej pionowej. Skoro więc za apogeum potęgi Wiesława uznamy bezzająkliwe wyrecytowanie wierszyka zaczynającego się od: "Spadła gruszka..." w przedszkolnych starszakach, to widać, Wysoki Sądzie, że nie miał on cienia szans. Liczby nie kłamią. Najwyżej księgowy może być do anusa. W świetle przytoczonych faktów sprawa o zwiesławienie ma, proszę Sądu, przepastny sens.
 

 
Słodko i naiwnie jest nie spać za pięć w pół do czwartej. W pół do trzydziestoletni etatowy rzeźnik ciszy o barwie głosu samokastrującego się koguta jest wybitnym przeciwnikiem dla mojego zmęczenia. Dwóch na jedno - otrzymał wsparcie od kompana, którego z braku innych wyróżników mogę nazwać Pan "Nie, Kurwa?!". Palenie szlugów w odległości dwóch metrów od naszego przedziału wzmacnia ich, faszeruje sterydami, wprowadza w rodzaj szamańskiego transu. Wódz potężnego, dwuosobowego plemienia pokrzykuje rytmicznie, rytmicznie, niech go, gnoja, szlag, rytmicznie. Trzeba na niego nasłać ekipę Halik/Dzikowska*. Nie żyją. To Cejrowskiego. Dziewki portowe ich mać. Wsadzenie głowy do bębna z wirującym praniem złożonym z tłuczonego szkła i kapsli od Lecha byłoby ukojeniem. Niebem wręcz. Skoro tu się kręci walka wrrrrrrręcz.

*Tytułem erraty i ucięcia dyskusji: Dzikowska umarła dla mnie razem z Halikiem.
 

 
Podczas jazdy z prędkoscia około pięćdziesięciu kilometrów na godzinę na wagony polskiego pociągu działają przeciążenia rzędu trzy gie, sądząc po odgłosach. Czy jeszcze kiedyś poczuję wiercący odór spalin na rogu Towarowej przy wlocie do placu Zawiszy...? Kiedy każda śrubka jęczy do pasażerów: "Uciekaj!", nawet rudy konduktor (jedyny konduktor, bo człowiek w czerwonej kamizelce i brodzie radzieckiego oficera z armii Tuchaczewskiego okazał się być etatowym pracownikiem "Warsu" traci głowę i daje upust skutecznie zakodowanej w genach nienawiści do PKP. Przynajmniej facet z sąsiedniego przedziału, obdarzony browarodnym, zmieniającym amplitudę barytonem, ciachnął bajerę. Dziesięć minut wielowątkowej opowieści z wyraźnym podziałem na role męskie i kobiece wchłonęła sklejka. Teraz już się nie dowiem czy partyzant gorzowskich spelun, człowiek, któremu dzielnicowy sie nie kłaniał, dziewięćdziesiąt kilo żyły - Dandi (Dundee?) opuścił bezpiecznie bar. Za to wiem, że głównemu akcjoMariuszowi wokalizy najlepiej pracuje się z Olkiem. Bo Olo to swój chłop jest. I można mu rzucić, żeby sie kurwa odpierdolił. I czasem mu odpierdala. Ale komu nie?
 

 
Wjechałem w wąską uliczkę na Mokotowie. Miejsc do parkowania było na oko dokładnie tyle, ile w ciasnej, mokotowskiej uliczce w godzinach popołudniowych. Ulga - znalazłem akurat tyle przestrzeni, żeby zwinąć się tam autem w kłębek. Próbuję wpasować się blaszanym zadem, a tu, mimo wyrzuconego kierunku, podjeżdża z tyłu jakiś wiśniowy cieć i nie daje mi dokończyć manewru. Sterczy jakby go asfalt uwięził. W tej sytuacji za nim pojawia się następny samochód, za następnym jeszcze następny i mogę już tylko szukać innej powierzchni parkingowej. Wyobraźcie sobie ilość bluzgów, która zapchałyby cały pojemnik odkurzacza na stacji benzynowej. W każdym razie ruszam z gumowego kopyta przed siebie, pędzony własnymi wiązankami.
Sto metrów dalej kolejne miejsce. Wjeżdżam szybko, bez kierunkowskazu. Słyszę klakson po raz pierwszy, drugi i trzeci. Po prawej materializuje się wiśniowa fura, a w niej wiśniowa do sześcianu, pękata niczym nadmuchana foliowa torba z Tesco, silnie uwąsiona morda. Morda krzyczy, albo udaje, że krzyczy. Szyby zamknięte, muzyka gra, więc trudno oszacować. Morda, najwyraźniej siłą płuc, opuszcza szybę i wtedy słyszę już nieco wyraźniej jawnie i obcesowo wyrażone pretensje.
Potem było już z górki. Wyłączyłem stacyjkę. Otworzyłem drzwi. Zamknąłem drzwi. W tle ciągle ścieżka dźwiękowa z porykiwań kolegi z auta obok, tylko klarowniejsza i uderzająca w tony spalinowej kosiarki do trawy. Wyłowiłem z niej coś na temat posiadania "jebanego kierunkowskazu". Otworzyłem bagażnik. Leżał tam przedmiot, którego cierpliwość można ostrożnie porównać do długookresowego kredytu hipotecznego. Wziąłem go w ręce i popełniłem kilka kroków w kierunku wiśniowego samochodu. W tej samej chwili górna część jego lewej, przedniej szyby utworzyła jedność z dachem i usłyszałem potulny pisk opon.
Uśmiechnąłem się. Niepostrzeżenie. Kij golfowy typu pitching wedge firmy RAM, o długości 92 koma 5 centymetra wrócił na swoje miejsce do kufra.
  • awatar Kashiunja: @Pan Skurwiel: :D
  • awatar Pan Skurwiel: @kashiunja: Mogę go też zarekomendować jako zwierzątko domowe, zaufanego spowiednika, oraz, oczywiście w razie ostateczności, do gry w golfa.
  • awatar Kashiunja: Chyba sobie taki kupię
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
W wystarczająco treściwym skrócie na podstawie:
http://www.sfora.pl/Te-pralki-sa-niebezpieczne-Zginelo-dziecko-a17471/
LG wycofuje z rynku dużą partię pewnego modelu pralek, z powodu wadliwego systemu zatrzaskowego w drzwiczkach. Czynności wstydliwie wycofawcze sprowokowało znalezienie przez koreańskich rodziców swego siedmioletnie bachora, zdecydowanie zbyt zimnego jak na osobę żywą, w bębnie ich pralki. Wszędobylski pralkołaz otworzył ponoć prawnuczkę "Frani" w trakcie prania, wlazł insajd, po czym wycofał się z Korei i ogólnie ze świata.

Pytanie:
Jak wiele wspólnego trzeba mieć umysłowo ze średniej wielkości polnym kamieniem, żeby:
a) Otworzyć drzwi pralki, z której (sic!) wylewa się wówczas niemal cała woda. Wgramolić się do środka. Nie móc (łamane na nie chcieć) opuścić bębna. Na koniec dokonać tam usiłowania samomorderstwa, zakończonego stuprocentowym powodzeniem.
?
lub
b) Otworzyć drzwi pralki, z której (sic!) nie wylewa się wówczas cała woda, bowiem jest utrzymana siłą woli w bębnie. Zanurkować (zamykając drzwiczki bądź nie, jako że siła woli ciągle utrzymuje H2O wewnątrz). Już się nie wynurzyć.
?

Refleksja:
Ewolucja inteligentnych artykułów AGD eliminuje upośledzone genetycznie osobniki ludzkie.
  • awatar Pan_C.: @Pan Skurwiel: chetnie zloze swoj... i namowie znajomych
  • awatar Pan Skurwiel: @Pan_C.: 100 000 podpisów pod petycją powinno załatwić sprawę.
  • awatar Pan_C.: jesli to ma pomoc w eliminowaniu takich osobnikow to LG robi wielki blad wycofujac ten model...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Dopadł mnie, za pośrednictwem Sfory, artykuł. W zasadzie mini-artykuł, objaśniający w sposób ultralakoniczny, hiperwartościowy i nadłatwoprzyswajalny sposoby na życiowe szczęście. Aż dziw bierze, że ktoś takim skarbem wyciera łącza. Trików było pięć, każdy na podmurówce z badań akademickich, z każdego parowała i skraplała się zasadność. Aż zapłakałem...
Okej, wcale nie płakałem, ale byłoby to interesującym zakończeniem wywodu.
W każdym razie powziąłem postanowienie zostania człowiekiem szczęśliwym, skoro los zaoferował mi odpowiednie pomoce naukowe. W jednym z punktów stało coś o wypisaniu trzech dobrych uczynków, dokonanych danego dnia. Kupiłem to, tak więc siedzę sobie i podliczam.
1. Przyszło mi zmiąć i wyrzucić bezwartościowe dwadzieścia minut pod gmachem poczty w oczekiwaniu na moją kolej. W tym czasie uświadomiłem pewnej plusminusjedenastoletniej dziewczynce, że dalsze noszenie przez nią białych kozaczków prowadzi na ulicę i to w formie gorszej, niż gdyby miała malować zebrę na jezdni. Nie wyglądała jakby załapała, ale miałem poczucie dobrze spełnionego obowiązku. W końcu nawet Święty Paweł miewał problemy wychowawcze z barbarzyńcami.
2. Podczas jazdy w kierunku Dworca Zachodniego otrąbiłem jadącą przede mną Głupią Bicz, za to, że wpuściła przed siebie Cwaną Bicz. Cwana bezczelnie ominęła dwa pasy dobijającego do wiaduktu koreczka (w którym zgodnie tkwiliśmy, na kształt brązowych psich krokusów wystających ze śniegu), śmigając trzecim, prawym pasem tak daleko, jak tylko było to możliwe. Co jak co, ale wykorzystany przez nią pas służy do jazdy pod wiaduktem lub skrętu, ale na pewno nie do oszukiwania korków. Zawrzałem. Zatrąbiłem. I psi krokus. Ale uczynek odfajkowany.
3. Podrzuciłem kolegę do Metra. Co prawda chciał do centrum, ale przybiłem w powietrzu obwieszczenie, że skręcam w jakimś Ważnym, Absolutnie Innym i Nieodwracalnym Kierunku. Po czym pojechałem do centrum. Jak dla mnie podwoźne, czyli podatek na rzecz kolegi, wynikający z faktu posiadania auta, równa się dobremu postępkowi.
Od jutra będę wypisywał po pięć cnotliwych uczynków.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Ja: "Ta sala jest dużo lepsza, niż poprzednia. Na przykład tylko jeden święty obrazek na ścianie przede mną."
A.: "Za tobą też jest jeden..."
Poczułem falę gorąca. Ostrożnie obróciłem się przez dowolne ramię. Był. Zdjąłem go. Wierzę w teorię ciosu w plecy.
 

 
Zza odległego horyzontu wyłaniała się piąta rano. Na korytarzu krzyk. Źle. Wrzask. Źle. Wycie. Źle. Hybryda zwierzęcego skowytu i wszystkich horrorów Carpentera. Przez całe dziesięć minut. Potem przerwa. I dziesięć minut. Cykl zakończył się gdzieś koło ósmej, co i tak miałem już w ujściu zewnętrznym jelita grubego, bo pielęgniarka przytoczyła wózek ze śniadaniem i sen poszedł precz.
Potem dowiedziałem się, że w nocy przywieźli pacjentkę, którą wyraźnie krzywdziła rzeczywistość i niekoniecznie działały na nią leki uspokajające. Na szczęście jej pobyt w szpitalu zakończył się lekkim popołudniem, bo kolejna noc zwiastowała wściekły tłum z pochodniami i wieszakami na kroplówki. Oczami wyobraźni widziałem się na czele.
  • awatar Pan Skurwiel: @Szajbi: Szajbi brzmi za to jak hybryda liszaja z Barbie. A Pan Świr i Pan Zboczeniec to miękkie kity. Wczoraj zjadłem ich wątroby z odrobiną bobu i niezłym Chianti.
  • awatar Gość: Pan Skurwiel ciekawe określenie to tak jak by pan świr lub pan zboczeniec??? Chociaż skurwiel lepiej brzmi
  • awatar Miękkie Kolana: Teraz!!! Miękkie, bardzo miękkie. Zabijasz pan stylem. Nie piszę więcej, bo nie umiem. Tylko mięc potrafię.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Szpital ma windy. Na każdym piętrze winda ma drzwi. Na każdych drzwiach windy, na każdym piętrze wisi karteczka z napisem: "Winda dla pacjentów chodzących i gości... (itakietam)". Na każdej karteczce, na każdych drzwiach windy, na każdym piętrze niezależna ręka dopisała "DETROIT TECHNO * TECH-HOUSE" (lub wariacje kręcące się wokół tematu). Czcionka jest koślawą siostrą pisma artystyczno-grafficiarskiego (ale po Haine-Medinie).
Dzisiaj na USG odprowadzał mnie pielęgniarz pozorny inaczej, Harry Potter style. W windzie przeglądał swoje notatki.
Już wiem kto pisał "DETROIT TECHNO * TECH-HOUSE".
  • awatar Pan Skurwiel: @Miękkie Kolana: Ma skurwiała dusza kwili jak mała dziewczynka. ;)
  • awatar Miękkie Kolana: UMARŁAM! I zmiękły mi kolana - stąd powrót do Pingera. A może nie powrót, może półpowrót. Tylko żeby przeczytać i popodglądać. Panie SKurwielu, jesteś pan zdolny jak sam skurwysyn. Pięknie pan piszesz o zwyczajnych sprawach - musisz pan bardzo kochać detale. Ten blog daje pewność. NIe wiem czego, ale pewna jestem jak dawno nie byłam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jeźdźcy Apokalipsy przybyli przed śniadaniem. S., Na, Pobieranie, Krwi. Towarzyszyło im kilku giermków, na szczęście nie tak złowrogich. Do, Zabiegowego, Na, Końcu, Korytarza. I ich gderające żony... Szybko, Weźnie, Sie, Ubierze, I, Pójdzie. Ze względu na przekraczane właśnie przejście graniczne Sen-Jawa, do którego po mojej stronie ustawiła się długa kolejka w oczekiwaniu na odprawę, nie udało mi się nawet wyszydzić żony o imieniu "Weźnie". Nałożyłem na siebie przepisowy uniform - dresoklapki i poczłapałem łapiąc niekiedy kontakt barkowy ze ścianą.
Dotarłem na czas. Zażywna siostra Bożena postanowiła właśnie udowodnić całemu światu, że siódma trzydzieści rano to Godzina Dowcipu. Jej humor był niestety daleko bardziej przy tuszy i turlał się ciężko obijając kostki u nóg pacjentom.
Łóżko szpitalne. Jedna baba. Ja. Druga baba. To jak wylądować na jedynej szalupie ratunkowej z Dżumą i Cholerą.
Łóżko w zabiegowym jest z widokiem na może. W sali reanimacyjnej obok zalega kobieta zamotana w kłęby kabli, prawie jak Neo. Może przeżyje.
"Następny". Uwaga, żarcik. Uwaga. "Proszę nie mdleć, bo dzisiaj nie łapiemy pacjentów." Owacja na stojąco. Siostra Mariola gra na rechocie, a tego ranka wybitnie fałszuje. Nadchodzi dowcip, koma trzy. "Dobre mamy dziś żyły?" "Wyśmienite." Dam dwa metry, powieś się.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
"JA" pacjenta powinno być opatrzone solidnym, wyboldowanym, kapitalnym "R" w kółeczku świecącym jak aureola świętego Jana Nepomucena.
"JA" w sensie "TY" powinno być okolone pięciometrowym ogrodzeniem z tak efektownymi dodatkami jak wieżyczki ze snajperami, oddział brodatych komandosów (jak na tym zdjęciu o nazwie "Lumberjack Commando", które podesłał mi brat stryjeczny), gardłolubne psy (na zasadzie wielkich, błyskawicznych polipów, ale zewnętrznych i z zębiskami) oraz klauzula samowalenia w pysk. Te.zet.en każdy, kto bez twojej wyraźnej zgody i zachęty powie do Ciebie w szpitalu "TY", powinien dobrowolnie narazić się na odwet ze strony własnej ręki.
I atak "Lumberjack Commando".
I to by było równie słodkie jak herbata ze szpitalnego kotła.
 

 
Średnie pogłowie gołębia na naszym zewnętrznym parapecie wynosi trzy. Przylatują na tę blachę, łażą w kółko stukając pazurami o blachę, pukają dziobami w blachę, srają na blachę.
Przeprowadziłem eksperyment, który każdy może powtórzyć w warunkach domowych.
Rezultat: robienie z siebie tresowanego debila, wykrzywianie facjaty i wymachiwanie rękami w kierunku znajdującego się za szybą ptactwa nie powoduje jego spłoszenia, a wyłącznie ułamkowochwilowe zaciekawienie.
Wniosek: powtórzyć eksperyment w odległości mniejszej, niż cztery i pół metra. Opcjonalnie przy otwartym oknie.
  • awatar Larma: gołąb z racji umieszczenia oczu z boku głowy, na szlachetny wzór i podobieństwo Kate Moss ma pole widzenia około trzystustopniowe. to tak jak w tym starym powiedzeniu, że je sparafrazuje, one cię widziały, one poprostu miały cię w dupie. eksperyment można też powtorzyc na starówce każdej z intelektualnych stolic polski. biegnij za gołębiem z podniesionymi do góry rękoma i sycz jak retard albo kocur. jezeli chujowemu ptaku bedzie sie chcialo chociaż podlecieć 2 i pół metra ze skórką od chleba w dziobie znaczy że jesteś nader upierdliwy, albo ten gołąb ma nerwice.Najczęściej jednak zdarza się że kołysząc się pobiegnie pod jakąś ławkę. dajać dowód temu że nawet zwierzęta tak głupie maja skutecznie wyjebane na ludzki abstrakcjonizm
  • awatar Vanity Fair: ja też skorzystam od razu z 2 próby;)
  • awatar Panna-Fru-Fru: Bomba, dlatego te dranie nazywam czule "obsrajparapety", też kocham te nasze polskie, przaśnie srające gołąbki :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
"Beeez cukruuu?" Głos brzmiał mniej więcej tak, jakby jej dzieciom zaordynowano wywar ze strychniny.
"Nie słodzę." (na zewnątrz byłem cesarzem spokoju, ale wewnętrzny stary bosman wywrzeszczał to inaczej).
W każdym razie to brzmiało jak wątpliwość trzeciego stopnia i to zupełnie innego typu, niż ta kpiąco-niejednoznaczna, którą serwował Hubert Urbański w Milionerach. To była ludzka głowa nabita na kijek w dżungli w "Indjana Dżons".
Cisza.
Dzbanek numer dwa przyczepił się do ręki.
Dzbankek numer dwa nadleciał nad mój kubek ciągnąc za sobą drżącą rękę.
Dzióbek przechylił się wraz z resztą dzbanka numer dwa. Drżąca ręka przechyliła się jako ostatnia, niejako odmawiając współudziału w zbrodni.
Po czynie dzbanek numer dwa wycofał się ostrożnie. Ręka wycofała się jeszcze ostrożniej i jeszcze pierwsza.
Herbata gorzka była trochę inaczej najgorsza, niż ta słodka.
  • awatar Pan Skurwiel: @constance: Zbieranie do kupy to śmierdząca sprawa, ale dziękuję.
  • awatar constance: Polska, tu nic nie dziwi. Ale Panie Skurwielu, powiem panu jedno: pana posty mają w sobie coś takiego, że jakby zebrać je do kupy i wydać byłby prawie Etgar Keret.
  • awatar Czekoladkowa: Właśnie haha xdd
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Przy moim łóżku wychynął ze ściany cud. Poważnie rozważam petycję do władz oddziału o zmianę sali. Zastanawiam się czy na ich ewentualną przychylność wpłynąłby fakt, że:
"Szanowny Panie Ordynatorze, zwracam się z uprzejmą prośbą o relokację mojej osoby w obrębie oddziału chorób wewnętrznych, najchętniej w rejony możliwie odległe od obecnie zajmowanej przestrzeni, z powodu cudu."
Sz. P. Ordynator zapewne zaplułby wąsy w napadowych skurczach śmiechu. Jednak z mojego punktu widzenia sprawa wygląda lourdesowo poważnie i medjugorjowo katastroficznie. Wizja wianuszka starowinek, których kolana przypleśniały do podłogi, duszących w szponach różańce jak pasy z nabojami i mruczących katomantry czyni ze mnie Ósmego Pasażera, a z nich Sardżent Riplej w mnogiej wersji. Obcy nie ma wtedy szans na wegetację w zacisznym kokonie z kołdry, ale musi wybrać przymusowe wygnanie w kosmicznej próżni. Grozę sytuacji potęguje fakt, że miejsce idealnie nadaje się na dastynację pielgrzymek i oazę zabobonu. Jest nawet specjalna półeczka na świeczuszki, która na codzień pełni rolę przytwierdzonego do ściany, składanego stołu.
Boję się.
  • awatar Pan Skurwiel: W odpowiedzi na Twoje niezadane pytanie: tak, istnieje potencjalna możliwość, że Skurwiele się czerwienią, kiedy są chwalone. Tyle, że czerwienią się bezczelnie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- Był dzisiaj stolec? - pogodnie zapytała pielęgnica.
- Był, pytał o panią i żałował, że musi wcześniej wyjść. - odpowiedziałem równie pogodnie.
Uśmiechnięta konsterka.
 

 
Rentgen.
"Rozbierze się do pasa w kabinie i zaczeka."
Przedsionek z ławeczką, duże pomieszczenie z aparatami RTG, mała kabina z pulpitem. Posłusznie wlazłem, zdjąłem wszystko powyżej linii pępka i zaczekałem.
- No gdzie żżżesz czeka, to ja tu siedzę, kabina jest tam. (pokazała palcem)
- Gdzie?
- Taaam! Nie widzi?
- Aha, chodzi pani o przedsionek.
- Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby przedsionek tak wyglądał.

A do domu pewnie dostaje się przez kabinę...
  • awatar LittleCute.: He he, kolejny chorowity, który spędził walę(w)tynki w szpitalu. Teraz ja będę pełnić funkcje udzielaczki pomocy, a nie tej, której inni musieli udzielać. Może też doszukam się jakiś ciekawy rozmówek. Pozdrawiam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
"Chrapiesz?" - pierwsze pytanie mojego sublokatora spod okna.
"Moja narzeczona zaprzecza, więc ja zrobię tak samo."
"To dobrze."
"A ty?"
"Tylko jak mam katar."
Miał katar. Poza tym był łysy, miał pysk urody żuka goliata, posturę kopca termitów i stopień sierżanta w siłach specjalnych. Próby ingerencji w melodię jego snu to nie tyle kopanie się z koniem, ile rzucanie kamieniami w drzemiącego tyranozaura.
  • awatar Pan Skurwiel: @J O A n n a: Jestem tylko pokornym Skurwielem.
  • awatar Pan Skurwiel: @acrobat: Wymierają samowolnie, niestety moment po zmuszeniu do ochoczego wymierania swoich przeciwników.
  • awatar J O A n n a: Jesteś geniuszem jeżeli chodzi o charakterystykę :D!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
W pomieszczeniu prysznicowym są kafelki o fakturze lekko marmurkowej, przetykane fugą o kolorze i konsystencji grzyba z gatunku tych 2N+B - Niejadalnych, Niezbieralnych, Bleee. Między glazurą, a prowizoryczną ścianką kabiny*, w najdalszym rogu, czyli około sześćdziesiąt centymetrów ode mnie, leży coś. Coś jest wyraźnie białe, niewyraźnie oślizgłe i zakuło moją uwagę w dyby na całe dwanaście sekund. Zastanawiałem się czym to jest. Nie wystanowiłem. Jestem w szpitalu, pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć.

* Co odrobinę dziwi, bo wyraźnie pochodzi ze sklepu, najwidoczniej prowizorycznych cech nabrała post zamontum.
 

 
"Czwarte piętro było tu pierwsze!". Zabrakło mu tylko naszyjnika z kłem geparda i dzidy, żebym poczuł się jak w ogniu wojny plemiennej. Postanowiłem przeciwstawić się relacjom Tutsi-Hutu. "Ciekawe czemu ich nie widziałem. Pan ich zasłonił?"
Spasły pielęgniarz popatrzył na mnie jak na gorejący krzew. Ale z punktu widzenia strażaka. "Przyprowadziłem tamte panią, a potem poszedłem po reszte."
Zmierzyłem go wzrokiem z tak bezbrzeżną pogardą, z jaką jaszczurka może zmierzyć wzrokiem warana z Komodo. "Resztę posiłku?"
W odpowiedzi spęczniał jak supernova przed kolapsem w czarną dziurę. "Kolejność obowiązuje jakaś. Czwarte piętro najpierw, trzecie potem."
Skoro nie miałem nic innego do zaoferowania, postanowiłem podarować mu przynajmniej zawał. "Przy rozdziale posiłków pewnie też jest pan taki rezolutny. Kocioł dla pana najpierw, czwarte piętro potem..."
Patrząc na jego kwitnący pysk, który wyglądał jak knurzy łeb wykonany z czerwonej gąbki, pocieszałem się, że Rosa Parks też nie miała łatwo.
O dziwo przestroił nadajnik. "Bo pacjenci powinni sobie pomagać, nie się kłócić."
Ale co mi tam. "Pan jak mniemam przed operacją zmniejszenia żołądka?"
"Nie rozmawiam więcej z panem."
Przynajmniej był słowny.